Robin Hood: Legenda Sherwood - gameplayMisja 5 - Książę i BanitaFacebook: http://www.facebook.com/pages/MrSetoKami-kana%C5%82-na-YouTube/257685930912624"Robi View FREE Public Profile & Reputation for Jeffrey Sherwood in Bonita, CA - See Court Records | Photos | Address, Emails & Phone Number | Personal Review | $10 - $19,999 Income & Net Worth Updated: Apr 24, 2023 - 9:15 pm IST. Banita Sandhu. Download Banita Sandhu Photos online. Find more Hot Banita Sandhu HD Photos also in multiple screen resolutions at Bollywood Hungama. Find HD Banita z lasu Sherwood - The Bandit of Sherwood Forest - 1946 - wgrane napisy polskie 720p 01:27:15 Kobiety z Diabelskiej Wyspy - Women of Devils Isl and - 1962 - Le Prigioniere dellisola del diavolo - wgrane napisy polskie *Assisted setting up numerous events, ranging from small meetings to award ceremonies *Trained, supervised, and worked with event staffs to build a team with high spirit and motivation Banita z lasu Sherwood The Bandit of Sherwood Forest ~ Banita z lasu Sherwood The Bandit of Sherwood Forest 1946 wgrane napisy polskie Jakość 360p 480p 720p Następne wideo anuluj Odblokuj dostęp do 6044 filmów i seriali premium od oficjalnych dystrybutorów Oglądaj legalnie i w najlepszej jakości Nie kupuj kota w worku 5,935. 182 offers from $14.99. Alivila.Y Fashion Corset Womens Brocade Underbust Boned Corsets Bustier Waist Trainer. 4.2 out of 5 stars. 2,989. 137 offers from $12.99. frawirshau Women's Gothic Steampunk Corset Bustier Waist Cincher Underbust Corset Vest Tank Top. 3.9 out of 5 stars. 1,455. R2O1D. Umarł Robin Hood, niech żyje Match! czytano 5654 razy, ostatnio w niedzielę, 24 lipca 2022 o 02:26Dawno, dawno temu Telewizja Polska, jeszcze wtedy nie wyemitowała serial o przygodach Robin Hooda, banity i awanturnika o złotym sercu. Robin należał do gatunku, który obecnie stopniowo wymiera: był dobrym człowiekiem. Wszystko, co miał, rozdawał biednym. Płynąca prosto z serca działalność charytatywna sir Robina nie miała poparcia u bogatych członków ówczesnego społeczeństwa. Po prawdzie, nie dziwi to raczej, bowiem datki dla biednych Robin zdobywał w wielce dyskusyjny terenem działań sir Hooda i jego radosnej kompanii był las o wdzięcznej nazwie Sherwood. Dzielny banita witał podróżników, ukazując się znienacka na środku leśnego traktu i grzecznie prosząc o wsparcie. Trzeba wam wiedzieć, że w tamtych czasach raczej nie było chętnych gotowych pozbyć się majątku i oddać go biednym. Robin skutecznie zabezpieczał się na taką okazję. W pobliskich krzakach na umówiony sygnał czekała wesoła kompania, mierząca z łuków do podróżnych, gotowa w każdej chwili wyjąć żelastwo i wyperswadować odmowę opornym. W taki oto sposób Zakapturzony Robin zdobywał fundusze na swoją działalność charytatywną, niejako przy okazji eliminując nadmiar bogaczy w okolicy. Oczywiście jedynie tych opornych i do bitki do tego, że ówcześni prominenci (czytaj: szlachta, kupcy), bali się opuszczać miasta-twierdze. Jednym z takich miast było Notingham, w którym urzędował Szeryf i jego niewydarzony pomocnik - sir Guy of Gizbern. Jako przedstawiciele prawa, wspomniani panowie nie mogli tolerować wybryków Robina i jego towarzyszy nawet wtedy, gdyby popierali jego działalność. Żeby nie było niejasności: nie popierali. Tysiące zasadzek, setki obław i pościgów - bez rezultatu. Do czasu...Historię Robina przypominam wam nie bez kozery. I nie bez kozery kończę ją opowiadać w takim właśnie momencie. Dzieł opiewających losy Robina i jego kompanów jest całkiem sporo. Zarówno książkowych, jak i filmowych. Historia, którą przypomniałem wam wyżej, zwykle jest wspólna. Różnią się zaś... Właściwie to różnią się sporą ilością szczegółów, ale najbardziej spektakularna różnica dotyczy zakończenia. Są takie, które kończą się happy endem. Wiecie, Robin i Marion (wybranka jego serca) pobierają się, a następnie żyją długo i szczęśliwie (chociażby pełnometrażowy Robin Hood: Książę Złodziei z Kevinem Costnerem w roli głównej). Inne kończą się nieszczęśliwie...Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do wspomnianego na początku serialu telewizyjnego. Serial zatytułowano po prostu Robin Hood (w oryginale Robin of Sherwood), autorem scenariusza był raczej w Polsce nieznany Richard Carpenter. Sposób, w jaki zarysowałem wam historię Robina daleki jest od tego, który przyjęli twórcy serialu. Mroczny i tajemniczy bohater (Michael Praed / Jason Connery - syn TEGO Connery'ego - w roli głównej). Idealnie dobrani aktorzy odtwarzający role banitów, Szeryfa i Gizberna. Rewelacyjne kostiumy. Świetna muzyka (Clannad). Przede wszystkim zaś: klimat. Las, deszcz, mgła, namacalna wręcz baśniowość miejsc, tajemniczy Hern, druidzi, legendy i mitologia celtycka... W taki sposób serial opowiadający dobrze znaną legendę staje się serialem kultowym. Zaryzykuję stwierdzenie, że należy zaliczyć go do kanonu dzieł fantastycznych, których nie można pominąć. I których nie da się Pacyński nie zapomniał o nim z pewnością. Nie zapomniał i poszedł dalej. Stworzył dzieło, które nie powielając dobrze znanego wątku, zachowuje specyficzny klimat serialu. Jest to, poza fabułą, największa zaleta jeszcze na moment do serialu. Wielbiciele pamiętają pewno, że składał się on z dwóch części. Za umowny koniec pierwszej przyjmiemy śmierć banity z ręki ludzi szeryfa. Była to scena mocno zapadająca w pamięć. Na samotnym wzgórzu, obleganym przez kuszników, Robinowi powoli kończą się strzały...Został sam, żołnierze u stóp wzgórza widzą jego wysoką sylwetkę na tle pochmurnego nieba. Widzą, jak chwyta ostatnią pozostałą strzałę, wbitą w ziemię u stóp. Spokojnie naciąga łuk, mierzy. Każdemu z żołnierzy wydaje się, że to właśnie w ostatniej chwili unosi łuk, wypuszcza strzałę prosto w niebo. Wysoko. Śledzi jej lot spokojnym zwolnione cięciwy kusz...Tutaj zaczyna się opowieść snuta przez Pacyńskiego, negująca zarazem istnienie drugiej, słabszej, części serialu. A trzeba wam wiedzieć, że bohaterem tej drugiej serialowej części jest nowy, blondwłosy Robin. Pacyński słusznie nie decyduje się na nowego Człowieka w Kapturze. U niego przywódcą ocalałych banitów zostaje osoba, którą chyba najmniej byśmy o to podejrzewali: Match. Tak, ten nieporadny, drugoplanowy chłopczyna, zawsze w cieniu innych, ślepo wpatrzony w Robina. Jego historia stanowi kanwę opowieści snutej przez nie jest po prostu naśladowcą Robina. Zakochany w Marion, śmierć Człowieka w Kapturze traktuje jako swoją życiową szansę. Przecież teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, aby zdobyć kobietę, którą kocha. Przestają również liczyć się ideały Robina. Match zamienia oddział banitów w bezwzględnych gorillaz, leśnych partyzantów, mordujących bez potrzeby i bez pardonu. Jego towarzysze coraz bardziej odstają od poprzedniego wizerunku - Match rekrutuje członków oddziału z szeregów morderców, najemników i zupełnie przypadkowych nie psuć wam lektury, więcej szczegółów fabuły nie zdradzę. To, co wam opowiedziałem, to dopiero zalążek historii. Właściwie, nie jest to nawet jej początek. I tak naprawdę to nie Match jest jej bohaterem...Przyznać trzeba, że historia opowiadana przez Pacyńskiego jest wyśmienita. Poprowadzona po mistrzowsku, wciągająca i zaskakująca intryga nie pozwala oderwać się od książki choćby na sekundę. Na tylniej okładce napisano: Sherwood to barwna epicka interpretacja legendy o Robin Hoodzie i banitach z lasu Sherwood. Skłamano. Sherwood daleko wykracza poza interpretację legendy. Legendę o Robin Hoodzie autor wykorzystuje w ten sam sposób, w jaki samolot wykorzystuje pas startowy. Odbija się... i leci. Bez lotniska nie wystartuje, ale przecież to nie dzięki lotnisku może śmiesznie, gdzie powinno być śmiesznie, poważnie tam gdzie ma być poważnie. Pacyński włada językiem w mistrzowski sposób, bijąc swoje własne dokonania z "Września" co najmniej o głowę. Postaci wspólne dla serialu i Sherwood zostały wyśmienicie sportretowane. Przecież to dokładnie ten sam nieporadny Gizbern, ten sam cyniczny Szeryf, ten sam dobrze znany Nazir, bezbłędnie władający dwoma saraceńskimi mieczami. Właśnie ta cecha powieści, chyba jak żadna inna, najlepiej uzasadnia wybór Pacyńskiego, wzorującego się na serialu telewizyjnym. Moc i głębia postaci ekranowych była dalece bardziej urzekająca niż odpowiednik w literaturze. Rzadko się to zdarza, ale tak właśnie się stało. Autor Sherwood dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej: doszlifował postaci znane z serialu do perfekcji. Te postacie po prostu żyją! Poza tym, czy ktoś, kto oglądał serial, wyobraża sobie, że Robin mógłby wyglądać inaczej? Czy wyobraża sobie legendę bez Nazira i jego dwóch saraceńskich mieczy?Czym bliżej końca, tym większy żal, że za chwilkę opuścimy baśniowy świat wykreowany przez autora. Na szczęście koniec Sherwood oznacza dopiero początek zabawy. Książka otwiera trylogię. Tom drugi - Maskarada - już ukazał się na półkach naszych ksiegarni. Trzeci - Wrota Światów - nadchodzi wielkimi niniejszą recenzję, moglibyście odnieść wrażenie, że aby przeczytać Sherwood konieczna jest znajomość serialu. Nic bardziej mylnego. Jeśli jednak go nie oglądaliście, ominie was spora przyjemność z odkrywania smaczków, które poukrywał Pacyński w swoim Dziele. Tak, Dziele przez duże D. Śmiało mogę napisać, że jest to jedna z lepszych książek fantasy, jakie miałem okazję czytać. Tomasz Pacyński należy do ścisłej czołówki współczesnych polskich pisarzy parających się fantastyką - i to po prostu Sherwood ma jakieś wady? Jedną, zasadniczą: pomimo swoich blisko sześciuset stron, kończy się zbyt szybko. Ech, wy i tak musicie sięgnąć po tę książkę. Ot, chociażby po to, aby przeczytać napisaną cudownym językiem powieść. Albo po to, aby zgubić się w przesiąkniętym magią lesie. Aby spotkać się z prawdziwych druidem, wziąć udział w polowaniu na smoka i zagrać w kości z prawdziwym ekspertem. A przy okazji dowiedzieć się między innymi, co bohaterowie Sherwood myślą o Wiedźminie...Słówko na temat wydania. Stosunkowo młode wydawnictwo Runa stanęło na wysokości zadania. Elegancko wydane tomiszcze, brak literówek, śliczna czcionka. Zapytacie: no i czym on się zachwyca? Przecież to powinna być norma. Powinna - ale nie jest. Zerknijcie chociażby na wczesne pozycje wydane przez Fabrykę Słów (masa błędów, łącznie z ortograficznymi, sztucznie zawyżana grubość książki za pomocą olbrzymiej czcionki) czy Solaris (mierna jakość druku, niektóre strony nieczytelne, brzydka czcionka). Runa zdecydowanie górą. Brawo! Tak sam koniec dobra rada: nie omijajcie tej książki. Jest warta swojej Dobre rady są za darmo, szlachetny panie - dodał giermek z słowa, pomyślał szeryf. I tyle samo są warte.■ Drobne poprawki w tekście, aktualizacja odnośników, nowa grafika. Ten tekst przeczytasz w 6 minut Słuchowisko Storytel "Robin Hood i Szmaragdowy Król" to prawdziwa uczta dla wyobraźni, wypełniona akcją, humorem oraz szczyptą mrocznego mistycyzmu - w Robin Hooda, Lady Marion i Szeryfa z Nottingham wcielają się Tomasz Kot, Natasza Urbańska i Robert Więckiewicz, a przewodnikiem-narratorem jest Andrzej Seweryn. W ten sposób powstała całkowicie oryginalna historia o Księciu Złodziei, po raz pierwszy łącząca go z innym legendarną postacią angielskich legend - wielkim królem Arturem i jego Rycerzami Okrągłego Stołu. Sprawdzamy, jak to wszystko się klei. Foto: Storytel Tomasz Kot, "Robin Hood i Szmaragdowy Król" "Robin Hood i Szmaragdowy Król" to słuchowisko Storytel będące nowym spojrzeniem na legendarną postać Robin Hooda i jego towarzyszy i wrogów Ważną rolę w opowieści odgrywa legendarny Król Artur, który po kilkuset latach wraca do Anglii wraz z Ginewrą i Rycerzami Okrągłego Stołu, co zmusza Robin Hooda do zakopania topora wojennego ze znienawidzonym Szeryfem z Nottingham i przyjrzenia się zamiarom tajemniczego przybysza W Księcia Złodziei wcielił się Tomasz Kot, w Marion - Natasza Urbańska, a w Szeryfa - Robert Więckiewicz. Narratorem jest Andrzej Seweryn Autorem słuchowiska jest Jakub Ćwiek, znany z poczytnych kryminałów Klimat całości nawiązuje do Kina Nowej Przygody, ale także brytyjskiego serialu Robin z Sherwood Wyobraźmy sobie opowieść, w której król Krak staje do boju z Bazyliszkiem, smok wawelski dybie na Popiela, co go myszy zjadły, a Piast Kołodziej natyka się czarownice z Łysej Góry. Niemożliwe? Oczywiście, że możliwe, wszak w mitach i legendach możliwe jest wszystko. Te akurat dzieli wszystko – przede wszystkim czas i miejsce akcji – łączy za to fakt, że należą do wspaniałej polskiej spuścizny kulturowej. Podobnie jak legendy o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu i opowieść o Robinie z lasów Sherwood, czyli banicie znanym powszechnie jako Robin Hood, to część spuścizny anglosaskiej, chociaż tak naprawdę światowej. Powiedzieć, że na tych wspaniałych legendach wychowały się pokolenia nie tylko Brytyjczyków, ale i Europejczyków, to nic nie powiedzieć – są one przekazywane od setek lat, a w przypadku króla Artura – od grubo ponad tysiąca. Teraz, dzięki Storytel i słuchowisku "Robin Hood i Szmaragdowy Król" te dwie największe anglosaskie legendy znalazły wspólną historię rodem z rasowej baśni, a nawet fantasy. Innymi słowy, po raz pierwszy Robin Hood, bohater średniowiecznych legend ludowych, wyśmienity łucznik, walczący w obronie biednych i uciśnionych Książę Złodziei spotyka na swojej drodze Króla Artura, legendarnego władcę Brytów z przełomu V i VI wieku. A wraz z nim Ginewrę, Lancelota czy Galahada. Produkcja Storytel w reżyserii Marcina Kardacha, chociaż jej bohaterami są postacie znane z podań, mitów i legend, cały czas obecne także we współczesnej popkulturze, w książkach, komiksach, filmach czy serialach, jest całkowicie oryginalną historią, która powstała w głowie pisarza, publicysty, scenarzysty i stand-upera Jakuba Ćwieka. Jest on autorem bestsellerowego zbioru opowiadań "Kłamca", który doczekał się pięciu kolejnych tomów i multimedialnego uniwersum, jak i głośnych kryminałów "Topiel", "Drelich" i "Liżąc ostrze" czy horroru "Ciemność płonie". Udowodnił w nich, że jest twórcą obdarzonym niezwykłą wyobraźnią, potrafiącym czytelników zaskakiwać, trzymać w napięciu, ale i rozśmieszać. Te wszystkie elementy znajdziemy w słuchowisku Storytel, który można uznać za swoisty sequel niemal wszystkich opowieści o szlachetnym banicie z magicznego lasu Sherwood. - mówi Jakub Ćwiek. Robert Więckiewicz "Robin Hood i szmaragdowy król" Fabuła słuchowiska w nagraniu, którego wzięły udziały wielkie gwiazdy polskiego kina, jest pełna akcji, humoru i przygody, które dosłownie wylewają się z głośników czy słuchawek z intensywnością, jaką znamy z najbardziej rasowego kina przygodowego, od starych produkcji z Errolem Flynnem, na "Indianie Jonesie" kończąc. Tak jest już w pierwszej scenie, w której jesteśmy świadkami zabawnej rozmowy czy raczej potyczki słownej dwóch skazańców, siedzących w lochu w Nottingham - Braciszka Tucka (Zbigniew Zamachowski) i Małego Johna (Mirosław Zbrojewicz), a następnie ich brawurowego uratowania przed szafotem przez przyjaciół, czyli Robin Hooda (Tomasz Kot) z jego zamieszkującą lasy Sherwood drużyną. Jednak ani Książę Złodziei, ani jego największy wróg, czyli Szeryf z Nottingham (Robert Więckiewicz), nie mają pojęcia, że czeka ich wyzwanie, z jakim do tej pory nie mieli chyba do czynienia – wszyscy wokół mówią, że do Anglii powrócił po setkach lat legendarny król Artur (Mariusz Drężek), wspólnie z piękną Ginewrą (Anna Cieślak), a także słynnymi Rycerzami Okrągłego Stołu. Celem władcy ma być podniesienie ludu z kolan i przywrócenie sprawiedliwości, czyli pozbycie się "królów, którzy niosą jeno strach i ubóstwo". - Nie taki miał być Kamelot. Nie taka miała być Anglia! - zapewnia król Artur. Tylko czy naprawdę jest on tym Arturem? A może to groźny uzurpator, mający swoje własne interesy? Tak wydają się sądzić zarówno Robin Hood, jak i Szeryf z Nottingham, dlatego w słuchowisku Storytel po raz pierwszy decydują się nie tylko na zawieszenie broni, ale nawet swoiste połączenie sił. To rzeczywiście zupełnie nowe spojrzenie na dwa najbardziej klasyczne angielskie mity. Foto: Storytel "Robin Hood i szmaragdowy król" Słuchowisko nawiązuje nie tylko do Kina Nowej Przygody, w której pędząca na złamanie karku akcja, nafaszerowana bitwami, pojedynkami, zasadzkami i bijatykami, miesza się z bezpretensjonalnym humorem. Jakub Ćwiek wyraźnie inspirował się kultowym dla pokolenia wychowanego w latach 80. serialem "Robin z Sherwood" (1984 -1986). Stąd właśnie obecność mistycznego boga lasu, Herna (Miłogost Reczek), ale także strzegących wejścia do jego królestwa groźnych wiedźm. Słychać to także w eklektyzmie oryginalnej muzyki, jaką do produkcji Storytel skomponował zespół Łąki Łan – temat z początku jest swego rodzaju wariacją na temat słynnego utworu grupy Clannad "Robin (The Hooded Man)" z czołówki brytyjskiego serialu. Słuchowisko rzeczywiście przygotowane zostało z ogromnym rozmachem i od samego początku bardzo wiarygodnie przenosi nas do świata Anglii z przełomu XI i XII wieku - jest to zasługa nie tylko bardzo wiarygodnego udźwiękowienia, które towarzyszy akcji i dialogom, wspomnianej muzyki (i pieśni!) grupy Łąki Łan, odgłosów przyrody, walk na miecze czy gwaru miasta, ale też obecności prowadzącego całą historię Narratora. Wcielił się w niego Andrzej Seweryn, a za każdym razem, kiedy słyszymy w tej opowieści jego jednocześnie głęboki i ciepły głos, czujemy się niemal jak zahipnotyzowani. W Szeryfa z Nottingham wcielił się Robert Więckiewicz i od pierwszej sceny słychać, że czuje się w tej roli znakomicie. Zresztą, Szeryf w słuchowisku Storytel to człowiek niezwykle inteligentny i przebiegły – poznajemy go w chwili, gdy spotka się z piekarzem Dunnem, a sama sekwencja może się kojarzyć z rozmową pułkownika SS Hansa Landy (Christoph Waltz) z farmerem Perrier LaPadite z początku Bękartów wojny Quentina Tarantino. – przyznaje Jakub Ćwiek, dodając, że woli te, w których jest on wręcz mądrzejszy od Robina. - Bezwzględnie punktuje naiwność czy emocjonalność banity i potyka się nie tyle o własną głupotę, co arogancję i bezduszność. Uważam, że konflikt między Robinem a Szeryfem działa najlepiej, gdy widać starcie intelekt kontra emocje. I faktycznie, Robin Hood, grany tutaj przez Tomasza Kota, choć to człowiek szlachetny, ma w sobie jeszcze sporo młodzieńczej pyszałkowatości. Nie jest tytanem intelektu, nie zawsze kieruje się najpierw rozumem, kieruje się instynktem i emocjami. Na szczęście u jego boku stoi mądra lady Marion (Natasza Urbańska). Nie jest ona, jak w wielu znanych wersjach "Robin Hooda", tylko pięknym dodatkiem do wielkiego banity. Foto: Storytel Natasza Urbańska "Robin Hood i szmaragdowy król" - mówi Natasza Urbańska, zwracając uwagę, że jej bohaterka jest jedną z silniejszych postaci kobiecych w literaturze. W "Robin Hoodzie i Szmaragdowym Królu" jest jeszcze jedna bardzo silna postać kobieca. To Ginewra, żona króla Artura, ukochana Lancelota, grana przez Annę Cieślak. To ona, jak się okazuje, jest nie tylko szyją, ale i głową całego projektu pod tytułem powrót legendarnego władcy. - Czasem, powiem ci, to się jej boję – mówi w słuchowisku Artur Prcivalowi. Szeptem, by nie usłyszała... Rozmowy duetu Braciszek Tuck (Zbigniew Zamachowski) i Mały John (Mirosław Zbrojewicz) to rozkosz dla ucha, a Miłogost Reczek jako bóg Hern wypada nie mniej groźnie niż odtwórca tej postaci we wspomnianym serialu. W słuchowisku słyszmy całą plejadę innych barwnych postaci, od Karczmarzowej, poprzez wieśniaków i grajków, na Starym Kulasie kończąc. "Robin Hood i Szmaragdowy Król" to prawdziwa uczta dla wyobraźni, ale i rozrywka spod znaku Kina Nowej Przygody wypełniona akcją, humorem i szczyptą mrocznego mistycyzmu. . To również Cię zainteresuje Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Znajdziecie je tutaj. ROBIN HOOD – BANITA O STU TWARZACH Jest jednym z tych bohaterów kina i literatury, którzy powinni zostać wpisani na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Robin Hood jest bowiem własnością powszechną. Podczas gdy inne wielkie postaci, na czele z królem Arturem i jego świtą, przypisani są tylko jednej kulturowej tradycji, sprawiedliwy rzezimieszek z Locksley jest dobrem uniwersalnym. Nie może więc dziwić, że odkąd informacje o filmie Ridleya Scotta ujrzały światło dzienne, na internetowych forach zawrzało. Zapewne jeszcze po premierze filmu kinomani dyskutować będą, czy Russell Crowe pasuje, czy też nie pasuje do roli Robina, i czy facet o aparycji podstarzałego twardziela dobrze wpisuje się w stereotyp honorowego złodziejaszka? Rozterki kinomanów są jednak jałowe. Wystarczy rzut oka na filmy, które na przestrzeni ostatniego wieku opisywały dzieje banity, by dostrzec, że jego wizerunek jest bardzo niespójny, a fantazja filmowców dawno już poprzełamywała wszelkie schematy. Nie ma Robina Hooda uniwersalnego. Choć wielu widzi w nim jedynie brawurowego wojownika i czarującego kochanka o romantycznym usposobieniu, bandzior z Locksley ma wiele twarzy, a Douglas Fairbanks, Errol Flynn ani Kevin Costner nie mają bynajmniej monopolu na robinhoodowski autentyzm. Wnuki Errola Flynna Że historie o Robin Hoodzie będą interesowały filmowców od zarania kina, było niemal tak pewne, jak to, że kamera w końcu ukaże publiczności kąpiącą się, półnagą panią. Magnetyzm bandyty z Sherwood przesądzał o jego popkulturowej atrakcyjności, podobnie jak toposy poruszane w opowieściach o nim. Odwaga, lojalność, braterstwo, miłość i wszystkie inne cnoty czyniły go idealnym bohaterem łotrzykowskiej opowieści. A że raczkujące kino uwielbiało przygodowe historie poczciwych i niepoczciwych łotrów, już w 1908 roku Percy Stow, brytyjski specjalista od filmów przygodowych, nakręcił "Robin Hood and His Merry Men". Jeszcze w epoce kina niemego do jego postaci nawiązywali rozliczni reżyserzy (wśród nich francuski duet Étienne Arnaud i Herbert Blaché w 1912 roku oraz Japończyk, Bansho Kanamori – dwanaście lat później). Dziś obejrzenie któregoś z tamtych obrazów albo graniczy z cudem, albo jest zupełnie niemożliwe. Zapewne także dlatego pierwszym Robin Hoodem znanym światowej publiczności jest ten grany przez Douglasa Fairbanksa w niemym filmie Allana Dwana. "Robin Hood" z 1922 roku przeszedł do legendy jako jedna z największych superprodukcji w historii kina niemego. Wszystko było tutaj największe: budżet grubo przekraczający milion dolarów, spektakularna premiera filmu, no i gaża gwiazdora. Fairbanks, amant kina przygodowego, był skazany na sukces. Choć dziś jego rola wydaje się cokolwiek zabawna, to właśnie Fairbanks ukształtował wizerunek legendarnego banity. Szarmancki, skłonny do brawury, wojowniczy i oddany sprawie Robin Fairbanksa był wzorem, do którego odnosił się każdy kolejny odtwórca jego roli. Na Fairbanksie wzorował się choćby Errol Flynn, jeden z najbardziej znanych kinowych Robin Hoodów. Reżyserowane przez Williama Keighleya i Michaela Curtiza "Przygody Robin Hooda" przenosiły postać brytyjskiego rzezimieszka w zupełnie nową epokę: dźwięku i koloru. W 1938 roku mieszkańcy Sherwood nie tylko mogli już prowadzić normalne rozmowy, ale i prezentować się we wszystkich kolorach tęczy dzięki zastosowaniu technicoloru. Robin Hood, niczym asystent św. Mikołaja, paradował więc w komicznym zielonym stroju, a Flynn między kolejnymi szermierczymi popisami i posyłaniem szelmowskich uśmiechów w stronę Lady Marian, wybuchał dość głupawym śmiechem. I choć grany przez tego aktora-awanturnika Robin był osobnikiem niefrasobliwym, z łatwością uwodził publiczność zapatrzoną w cwaniacki uśmiech Flynna. Kasa i klasa Kogo jednak na dłuższą metę interesowałby Robin-bawidamek? Flynn może i był aktorem ciekawym, ale jego kreacje pozbawione były jakiejkolwiek głębi, przez co szybko nudziły widzów. Zwłaszcza po II wojnie światowej, kiedy to zmienił się wzorzec prawdziwego mężczyzny, Hood-awanturnik stracił trochę uroku. Nowy Robin Hood był więc bardziej hardy, porzucał donżuanerię na rzecz patriotyzmu, a szelmowski uśmiech coraz częściej zastępowała u niego męska zaciętość. Taki był bohater "Robin Hooda z Sherwoodzkiego Lasu" zrealizowanego w 1960 roku przez Terence’a Fishera. Obraz ze studia Hammer miał w sobie wszystko, co najlepsze, i zarazem najgorsze w filmach kultowej brytyjskiej wytwórni: był schematyczny, do bólu prosty i… pociągający. Brytyjscy producenci wiedzieli bowiem, jak uwieść publiczność. Obfity biust Sary Branch (filmowej Marian) przykuwał uwagę równie mocno, co świetne aktorskie kreacje. Richard Greene stworzył przeto Robina uniwersalnego – wciąż błyskotliwego amanta, czasem szarmanckiego kochanka, ale i bezwzględnego wojownika, któremu bardziej zależy na dokopaniu swym wrogom, aniżeli na jakichkolwiek miłosnych podbojach. Przekleństwem Greene’a, a zarazem błogosławieństwem twórców okazał się jednak inny aktor – Peter Cushing, czołowy artysta Hammera wcielający się w Szeryfa z Nottingham. To on zawłaszczył dla siebie większość filmowych sekwencji, pokazując postać rozdartą, ciut nikczemną, ale honorową i wierzącą w słuszność swej sprawy. Hammerowski bandyta daleki był od wzorcowej kreacji Flynna. Ale tradycjonalistów zapatrzonych w Robina 1938 wkrótce dosięgnąć miał cios dużo większej mocy. Cztery lata po filmie Fishera w 1964 roku Gordon Douglas dokonał bowiem jednej z najśmielszych interpretacji opowieści o Robinie w całej historii kina. Jego "Robin i 7 gangsterów" był filmem przepysznym, rozbuchanym, ironicznym i zarazem stylowym. To nic, że zamiast leśnych bezdroży pokazywał Chicago czasów prohibicji, a szlachetnych wieśniaków zastępowali uroczy mafiosi – nawet po tak efektownych scenariuszowych przeróbkach, film Douglasa pozostawał opowieścią o Robin Hoodzie. Z pewnością najbardziej niezwykłą w całej historii kina. Kapitalni aktorzy – Frank Sinatra, Bing Crosby, Sammy Davis Jr., Dean Martin i Peter Falk – wspólnie stworzyli film, łączący w sobie najlepsze cechy kina gangsterskiego, kina przygodowego i… musicalu. Obok urodziwej Barbary Rush w "Robinie i 7 gangsterach" największe wrażenie robiła muzyka nominowana do Oscara w 1965 roku. I choć twórcy musicalu o Robinie nie otrzymali zań złotej statuetki, zapisali się w historii kina. No bo ile razy Robin Hood mógł się pochwalić wokalem Sinatry i ileż razy zamiast spierać się o dobro, zło i sprawiedliwość, jego kompani troszczyli się jedynie o to, by zachować klasę i gangsterski styl? Nie tylko w rajtuzach Frywolność, z jaką Douglas, Sinatra i reszta filmowej ekipy potraktowali historię łucznika z Sherwood, do dziś robi wrażenie. Autorzy musicalowych przygód Robina całkowicie odeszli bowiem od przyjętego wzorca, by zakpić sobie z koturnowej tradycji. Ale nie oni jedni pozwolili sobie na ironiczne podejście do mitu Robin Hooda. Jego dowcipną wersję zaserwował swym widzom Terry Gilliam w "Bandytach czasu" z 1981 roku. Amerykański reżyser znany z zamiłowania do surrealizmu, rozbuchanej wyobraźni i dzikiego poczucia humoru, także Robin Hoodowi przydał nieco śmieszności. Kiedy bohater "Bandytów…", mały samotny chłopiec podróżujący w czasie, trafiał do Sherwood, nie zastał w nim bynajmniej szelmowskiego twardziela, ale jąkałę mówiącego z brytyjską flegmą i ubranego w komiczny strój elfa. Kilkunastominutowa sekwencja, w której John Cleese wciela się w postać Robina, choć krótka, jest jednym z najlepszych żartów, jakie kino urządziło bandycie z Locksley. Kilka scen wyreżyserowanych przez Gilliama, a poświęconych Robinowi, bawi z pewnością bardziej niż pełnometrażowa komedia Mela Brooksa – "Robin Hood: faceci w rajtuzach". Nakręcona w 1993 roku parodia filmów traktujących o legendarnym złodzieju, obśmiewała większość wcześniejszych filmów o Robinie, ale filmowi brakowało czaru i autentycznego komediowego zacięcia. Pastisz nakręconego dwa lata wcześniej "Robin Hood: Książę złodziei" Kevina Reynoldsa nie grzeszył inteligencją i subtelnością. Brooks silił się jedynie na drwiny z tego, że Kevin Costner odmówił występowania w rajtuzach, a gwiazdorowi zabroniono mówić z brytyjskim akcentem, stawiając natomiast u jego boku czarnoskórego pomocnika granego przez Morgana Freemana. Robin a sprawa… To, co stanowiło przyczynek do żartów Mela Brooksa, dla twórców "Robin Hooda: Księcia złodziei" było jednak ważnym elementem artystycznej konstrukcji – obecność na planie afroamerykańskiego aktora miała być dowodem na to, że w Hollywood lat 90-tych nie ma miejsca na rasizm. Nie miało znaczenia, że sam Morgan Freeman należy do przeciwników politycznej poprawności i rasowych parytetów – istotny był społeczny przekaz, że oto w Fabryce Snów panuje pluralizm (nawet gdy znajduje się on w konflikcie ze zdrowym rozsądkiem). Decyzja producentów, by głównym pomocnikiem Robin Hooda był czarnoskóry innowierca, tylko na pozór wydaje się nieistotna. Pokazuje ona, że filmowe opowieści o Robinie z Locksley czasem są czymś więcej niż tylko przygodową opowiastką. Twórcy filmów o angielskim banicie całkiem często traktują awanturniczą fabułę jako pretekst do iście socjologicznych refleksji. O tym, że losy średniowiecznych rycerzy mogą służyć za metaforę współczesności, przekonywał już Richard Thorpe w 1952 roku. Reżyserując swojego "Ivanhoe" (w którym oczywiście pojawia się także postać Robin Hooda), Thorpe mówił o powojennym świecie, o międzynarodowych różnicach, faszyzmie i antysemityzmie. Jak pojemna jest legenda złodzieja z Sherwood, pokazali także twórcy znad Wisły, którzy przed trzynastu laty stworzyli amatorski film "Robin Hood: Czwarta strzała". Opowiadając o egzystencjalnych rozterkach banity, grupa rodzimych kabareciarzy na czele z Grzegorzem Halamą i członkami grupy "Potem" kpiła z polskiej roszczeniowości, przemian gospodarczych i socjalistycznych ideałów. Wspierani przez Robina biedacy dzięki złupionym skarbom budowali sobie "skromne" zameczki, a przypadki pozłacania rolniczych narzędzi nie były niczym niezwykłym. Bawiąc się w kino, twórcy z wytwórni Ayoy stworzyli film zaskakująco przenikliwy, w którym legenda o Robinie z Locksley stanowiła ledwie ironiczną maskę, skrywającą polskie kompleksy i słabostki. Opowieść o sprawiedliwym rzezimieszku doczekała się tak licznych interpretacji, że dawno przestała już być wyłącznie historią klasowego konfliktu. Dzięki takim filmom jak "Księżniczka złodziei" Petera Hewitta, las Sherwood stawał się między innymi miejscem walki o prawa kobiet (w tym przypadku reprezentowanych przez córkę Robina, w którą wcielała się Keira Knightley). Podobną genderową optykę przyjmował także Richard Lester w "Powrocie Robin Hooda" z 1976 roku, jednym z najlepszych filmów o rycerzu-awanturniku. Zamiast młodego watażki amerykański reżyser pokazywał Robina o kilkanaście lat starszego, zmęczonego udziałem w krucjatach i lojalnością wobec okrutnego króla. W świetnej interpretacji Seana Connery’ego Robin stał się postacią złożoną i wiele ciekawszą niż wszyscy jego szarmanccy poprzednicy. Poza rolę urodziwej maskotki wykroczyła także Lady Marian. Grana przez Audrey Hepburn kobieta zastanawiała się nad swoją seksualnością, wiarą w Boga, płcią i tożsamością naznaczoną latami tęsknoty. *** Film Lestera zrywał z uładzoną tradycją rycerskich opowiastek. Odważne odejście od wytartych schematów zaowocowało filmem kapitalnym. Dziś przypadek "Powrotu Robin Hooda" napawa optymizmem – pozwala bowiem wiele obiecywać sobie po premierze filmu Ridleya Scotta. Także w jego "Robin Hoodzie" pojawią się przecież feministyczne inklinacje i Robin, któremu bliżej do starego wiarusa niż frywolnego młodzieńca. Na wskroś męski, zwierzęcy i charyzmatyczny Russel Crowe ma bowiem szansę na wiele dziesięcioleci zmienić wizerunek rabusia z Sherwood. Czy w rajtuzach, czy w stalowej kolczudze, pewne jest, że Robin Crowe’a będzie postacią charakterystyczną. Może dzięki niemu łatwiej będzie zapomnieć o nieszczęsnym stereotypie filuternego banity. W końcu legendy także mogą być nieco bardziej poważne. Postać Robin Hooda fascynuje i urzeka kolejne pokolenia już od prawie 800 lat, a kolejne filmy z gwiazdorską obsadą tylko dodają nowych fanów. Jednak do dzisiaj nie ma dowodów potwierdzających czy ten angielski Janosik istniał na prawdę. Mało tego czytając bardzo skąpe nawet nie dowody, ale bardziej poszlakowe opisy natrafiamy na duży problem, ponieważ postać kogoś, kto mógłby uchodzić za Robina, znajdujemy od XII do XVI wieku. Tak średnio co sto lat pojawia się jakaś wzmianka lub jakiś zapis dotyczący tego angielskiego banity, który rzekomo zabierał dobra bogatym, a rozdawał biednym. Ta legenda mistrza w strzelaniu z łuku, przywódcy chroniącej się w lesie drużyny była zawsze podziwiana głównie przez ludzi biednych. A dodatkowo jego walka ze złym szeryfem z Nottingham, a także oddanie królowi Ryszardowi Lwie Serce dodaje całej opowieści smaczku. Nawet przedstawiany przez stulecia opis samego banity cały czas się zmieniał, a nawet ewoluował. Robin był chłopem wyrzuconym ze swojej ziemi, handlarzem, kupcem okradzionym przez ludzi złego szeryfa, szlachcica Roberta, hrabiego Huntington z nadania króla pozbawionego swoich dóbr itd. Najbardziej znanym motywem związanym z nim jest ten opisujący jego rzekome oddanie królowi Ryszardowi. Powstał on dopiero w 1521 roku, kiedy ukazała się History of Greater Britain autorstwa Johna Majora, który umieścił przygody słynnego Robina w latach 1193 – 1194, czyli w czasach Ryszarda Lwie Serce. To właśnie ta wersja zdobyła największą popularność. Także spore problemy są z ustaleniem, gdzie dokładnie mówiąc tak po wojskowemu, stacjonowali owi banici. W jednych źródłach czytamy, że to okolice Barnsdale w Yorkshire, w innych, że to las Sherwood w Nottinghamshire, albo nawet okolice dość odległe od tych dwóch lokalizacji. Można, a nawet trzeba sobie zadać pytanie, czy taki "bohater" legend i mitów rzeczywiście istniał, czy jest tylko wytworem ludzkiej wyobraźni, stworzonym na aktualne potrzeby społeczeństwa ? Jak wiemy, bardzo podobnie wygląda sytuacja z naszym Janosikiem. To temat na osobny artykuł, ale wspomnę tylko, że najsłynniejszy „polski” zbójnik karpacki Jerzy Janosik, tak naprawdę Juraj Janošik był Słowakiem. Urodził się we wsi Terchová nieopodal Żyliny na Słowacji, a zbójował na terenach słowacko-węgierskich, a nie polskich. Oczywiście uciekając przed obławami wojsk austriackich, mógł przejść na naszą stronę Karpat, ale pokazywanie go jako Polaka to już spora przesada. Robin, któremu sławę przyniosła rzekoma walka w obronie biednych i uciśnionych, którym rozdawał dobra zrabowane w czasie napadów na zamki i klasztory, mógł być wymysłem biednego ludu. Jak wiadomo w tamtych czasach była szlachta (rycerstwo), bogaci kupcy czy drobniejsi, ale także zamożni mieszczanie. Byli także chłopi, którzy poza tymi najbogatszymi we wsi tak potocznie mówiąc, w większości klepali biedę. Dla szlachty byli takimi samymi chamami jak w Polsce. Właściciel okolicznych ziem mógł im w zasadzie zrobić wszystko, łącznie z pozbawieniem życia. Można powiedzieć, upraszczając, że praktycznie nie mieli żadnych praw, a więc byli uzależnieni od swojego pana, od jego kaprysów i stosunku do nich. To powodowało różne nadużycia, oszustwa itd., jak choćby nakładanie dodatkowych podatków, czy innych opłat (w tym także prawo pierwszej nocy z panną młodą wychodzącą za mąż). Taka postawa wzbudzała oczywiście gniew, a nawet nienawiść chłopów do swoich panów. Na takim gruncie bardzo łatwo mogły się rozwijać wszelkie opowieści choćby kuglarzy, teatrzyków obwoźnych, trubadurów i wszelkiej maści jak byśmy ich dzisiaj nazwali artystów. To oni przez swoje sztuki, pieśni, wiersze pokazywane, śpiewane czy czytane od wsi do wsi, od osady do osady tworzyli legendę, która jak wiemy, powtarzana wielokrotnie zaczyna żyć swoim życiem. Ci biedni zastraszani wiecznie ludzie z przyjemnością słuchali opowieści o kimś, kto odbiera tym "złym" bogaczom a daje im, czyli tym "dobrym". To całkowicie logiczne i tak mogła się narodzić opowieść o Robin Hoodzie. Można zapytać także skąd brali inspirację owi "artyści". W tym przypadku odpowiedź jest w zasadzie prosta. Tak skrótowo albo sami wymyślali takie teksty, wiedząc, że to się "dobrze sprzeda", albo co moim zdaniem bardziej prawdopodobne, że czerpali z opowieści znacznie starszych, takich jak przygody Herewarda, który przewodził bandzie walczącej przeciwko Wilhelmowi Zdobywcy. Inna opowieść znana to losy Johna Warda, któremu skonfiskowano ziemię, za nie płacenie podatków. Ward zbiegł do lasu i tak wraz z innymi podobnymi sobie przez pewien czas zbójował. Reasumując trudno stwierdzić, czy była to postać autentyczna, czy raczej taki konglomerat ludzi z różnych epok, którzy z różnych względów stanęli poza prawem. Być może takich Robinów było wielu i ze strzępów informacji o nich ktoś stworzył opowieść, mit czy legendę przypisując ich działanie akurat temu jedynemu. Przecież właśnie powstało wiele legend. Mimo wszystko jego wizerunek na stałe zagościł zarówno w literaturze, jak i w filmie. Samych utworów literackich opisujących jego życie jest ponad 800, a do tego kilkadziesiąt filmów zarówno fabularnych, jak i dokumentalnych. Na koniec ciekawostka. W muzeum na zamku Nottingham można oglądać eksponowany "oryginalny łuk Robina" i dwie dobrze zachowane strzały. Cóż, jak widać w tym przypadku propaganda i reklama wyszła przed naukę, ale z drugiej strony trudno się temu dziwić, bo postać najbardziej znanego banity w historii na pewno przyciąga setki tysięcy turystów rocznie. W końcu kto nie chciałby obejrzeć "narzędzia pracy" Robin Hooda. Czy postać grana przez Rusella Crowe choć trochę przypomina Robin Hooda ze starych, angielskich ballad? Robin Hood – zawołany łucznik, ludowy bohater rabujący możnych i wspierający biedaków, łagodny rozbójnik, otoczony wesołą kompanią podobnych mu łotrzyków o złotych sercach – taki obraz najsłynniejszego angielskiego banity ukazują nam rozmaite dzieła kultury. Za ten pogodny konterfekt, powielany niemal bez zmian przez niezliczone książki i filmy, odpowiedzialny jest w głównej mierze Howard Pyle, amerykański XIX-wieczny pisarz, autor „Wesołych przygód Robin Hooda” (1883 r.). Ta przeznaczona dla młodzieży książka posiada niewątpliwe walory wychowawcze – Pyle stworzył dowcipną i lekką opowieść, pozbywając się wszystkich tych elementów legendy, które mogłyby postawić bohatera w mniej korzystnym świetle. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej średniowiecznym ludowym balladom (podstawowym źródle zarówno dla amerykańskiego autora, jak i licznych badaczy, usiłujących odkryć prawdziwą tożsamość banity z Sherwood), okaże się, że wizja Robin Hooda autorstwa Pyle’a ma z nimi niewiele wspólnego. Kłopot w tym, że w ogóle nie wiemy o nim nic pewnego. Czy istniał ktoś taki? Czy był to jeden człowiek, czy może na legendę Robin Hooda składają się opowieści o przygodach wielu różnych bohaterów (samo sformułowanie „Robin Hood” w średniowiecznej Anglii oznaczało wyjętego spod prawa banitę)? Wreszcie – jeśli przyjmiemy, że był postacią historyczną, to kiedy żył? Na żadne z tych pytań nie mamy ostatecznej i miejsceHistorycznych, mających wartość źródłową potwierdzeń istnienia Robin Hooda mamy niewiele. Po raz pierwszy w literaturze angielskiej wzmianka o nim pojawia się w satyrycznym poemacie Williama Langlanda „Widzenie o Piotrze oraczu”. W pochodzącej z przełomu XIV i XV wieku szkockiej kronice Andrzej z Wyntoun pod datą 1283 r. wspomina Robin Hooda i Małego Johna („Litil Johun and Robert Hude”). Nieco więcej ma o powiedzenia Walter Bower, autor Scotichronicon (Kroniki Szkockiej), napisanej w latach 40. XV wieku. Tam Robin Hood jest określony jako famosus siccarius (słynny zabójca, czy nawet „podrzynacz gardeł”), oburzając się przy okazji na „głupi lud”, który czci banitę w tragediach i komediach. Bower umieszcza passus o Robinie w opisie wydarzeń roku 1266, przedstawiając go jako stronnika Szymona de Montford, który w czasie wojny baronów przewodził opozycji przeciw Henrykowi III. Relacja Bowera pozwala łączyć legendarnego Robin Hooda z historyczną postacią Rogera Godberda, który po przegranej bitwie pod Evesham (1265 r.) i śmierci de Montforda miał ukrywać się przez kilka lat w lasach Sherwood, gromadząc wokół siebie liczną kompanię wyjętych spod prawa. Godberd został w końcu schwytany przez szeryfa Nottingham i po trzech latach spędzonych w więzieniu ułaskawiony przez króla. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że Roger Godberd nie jest jedynym kandydatem na tego prawdziwego, historycznego Robin balladach znajdziemy znacznie mniej jednoznaczne i trudniejsze od interpretacji wskazówki chronologiczne – tylko raz, w słynnej opowieści o królewskiej wizycie, wymienione jest imię panującego monarchy – Edward. Niestety, nie wiemy, o którego z czterech średniowiecznych władców tego imienia może chodzić. Jeśli przyjmiemy, że Robin Hood żył w XIII wieku, w grę wchodzić może tylko Edward I, panujący w latach 1272 – 1307. Nie ma też pewności co do miejsca, w którym miała rozgrywać się historia. Najbardziej rozpowszechniona wersja wskazuje lasy Sherwood, nieopodal Nottingham. Jednak starsze ballady wymieniają najczęściej Barnsdale w południowym Yorkshire, w pobliżu miasta Doncaster. Ludowy bohaterBallady opowiadające o przygodach łucznika i jego towarzyszy zaczęły powstawać już w XIII wieku, by w następnym stuleciu, metodą kompilacji starszych i dodawania nowych wątków, utrwalić obowiązujący kanon legendy (XIX-wieczny badacz angielskich ballad Francis Child sklasyfikował 38 pieśni poświęconych banicie). Opowieści o Robin Hoodzie zyskały dodatkową popularność po wybuchu krwawo stłumionej chłopskiej rewolty (1381 r.), a sam bohater stał się symbolem oporu warstw niższych przeciw możnym. Ten pierwszy, najstarszy Robin Hood nie ma nic wspólnego ze szlachtą – to wywodzący się z ludu yeoman (czyli człowiek wolny, posiadający własne źródło utrzymania, w hierarchii społecznej znajdujący się pomiędzy chłopem a rycerzem), wyjęty spod prawa rabuś i niestroniący od przemocy zabójca. Jeśli ktoś ma wątpliwości co o rzekomej łagodności bohatera, z pewnością rozwieje je lektura ballady „Robin i Guy z Gisborne”. „Robin Hood i Guy z Gisborn”Robin spotyka w lesie uzbrojonego człowieka w pancerzu z końskiej skóry. Podstępem dowiaduje się, że nieznajomy to słynny rozbójnik i morderca Guy z Gisborn, wynajęty przez szeryfa w celu zgładzenia Robin Hooda. Robin wygrywa pojedynek łuczniczy, po czym, ujawniając swoją tożsamość, toczy walkę na miecze. Potyka się o korzeń i pada na ziemię, modli się o obronę do Matki Boskiej – udaje mu się uniknąć ciosu – miecz wbija się w ziemię, a Robin zabija Gisborna. W tym czasie Mały John zostaje schwytany przez szeryfa, o czym Robin nie wie. Łucznik odcina głowę Gisborna, okalecza mu twarz i przebiera się w końską skórę. Spotyka szeryfa tuż przed tym, gdy ten ma wydać rozkaz egzekucji Małego Johna. Podając się za mordercę żąda nagrody – chce własnoręcznie zabić Małego Johna, na co szeryf wyrażą zgodę. Niespodziewanie przecina więzy przyjaciela i walcząc z nim ramię w ramię przepędza ludzi występujący obok jego imienia przymiotnik to „śmiały” – i rzeczywiście, Robin Hood rzadko kryje się w lasach, szukając zarobku nie tylko na przecinających puszczę gościńcach, ale równie często podejmuje ryzykowne wyprawy w rejony, w których prawo jest surowo egzekwowane. Słynny banita z równym mistrzostwem co łukiem posługiwał się podstępem, z łatwością wcielając się w różne role. W średniowieczu strój był najbardziej wyraźnym identyfikatorem pozycji społecznej, nic zatem dziwnego, że Robin Hood w przebraniu mnicha, żebraka czy uczciwego rzemieślnika mógł z powodzeniem wmieszać się w tłum w Nottingham, czy nawet stanąć oko w oko z poszukującym go szeryfem. Jego drużyna to zaledwie kilku podobnych mu zawadiaków – świetnych łuczników, siłaczy, szermierzy i mistrzów quarterstaff, czyli ludowej sztuki walki długą pałką. W żadnym razie nie jest to umundurowana w linkolńską zieleń, licząca stu ludzi kompania uzbrojonych w łuki partyzantów. Poza Małym Johnem należą do niej Will Scadlock (wedle różnych ballad tożsamy z Willem Szkarłatnym lub zupełnie inna osoba o tym samym imieniu), Much syn Młynarza, braciszek Tuck i minstrel o pięknym głosie Allan z Doliny. Co ciekawe, na tle swoich towarzyszy Robin Hood wcale nie jawi się jako niepokonany wojownik – według ballad znajomość z większością z nich rozpoczął od... zebrania solidnych batów. Tak zaczęła się nie tylko przyjaźń z Małym Johnem (w słynnej opowieści o pojedynku na pałki toczonym na kładce, z kretesem przegranym przez Robina), ale też siłaczem Willem (jako pałki Will użył wyrwanego z ziemi młodego dębczaka) czy młodym młynarczykiem, który solidnym kijem rozpędził całą bandę. „Robin Hood i Garncarz” Robin szuka przygód na gościńcu. Spotyka garncarza zmierzającego na targ do Nottingham. Proponuje mu pojedynek na pałki, który przegrywa, po czym kupuje od garncarza jego wóz, towar i ubranie i w przebraniu udaje się do miasta. Sprzedaje garnki za ułamek ich wartości, co zwraca uwagę żony szeryfa, która zaprasza go na obiad. Po posiłku fałszywy garncarz popisuje się przed szeryfem swoimi łuczniczymi umiejętnościami i obiecuje za odpowiednią nagrodę schwytać Robin Hooda. Razem z szeryfem udaje się do lasu, gdzie wzywa swoich ludzi. Na prośbę żony szeryfa postanawia uwolnić Robina rabowała możnych, bo jakiż sens miałoby napadanie na biedaków, ale poza jedną historią (o rycerzu Ryszardzie z Lea) nigdzie nie ma śladu, by „Wesoła kompania” dzieliła się swoją zdobyczą z potrzebującymi. W balladach nie znajdziemy również niemal żadnego śladu anty-normańskiego resentymentu (ten element pojawia się najsilniej w „Ivanhoe” Waltera Scotta, gdzie dzielni, uciskani Sasi są skonfrontowani z okrutnymi Normanami) – wydaje się zatem, że główną motywacją Robin Hooda był, po prostu, łatwy zarobek. Słynny i często podkreślany antyklerykalizm bohatera dotyczył głównie wyższego duchowieństwa i miał podłoże ekonomiczne. Robin z ludowych pieśni to, nawet jak na wysokie w tym względzie średniowieczne standardy, człowiek wyjątkowo religijny, szczególną czcią darzący Matkę Boską, o czym możemy się przekonać z tekstu ballady „Robin i mnich”. Tę cechę banity potwierdza w swej kronice Walter Bower. Wedle jego relacji w trakcie odprawianej w lesie mszy ludzie Robin Hooda dostali wiadomość, że nadchodzi szeryf wraz ze swoimi ludźmi. Mimo niebezpieczeństwa, Robin nie pozwolił przerwać nabożeństwa, i po zakończeniu obrządku, wraz z zaledwie kilkoma najwierniejszymi towarzyszami, z łatwością odparł atak. „Robin Hood i Mnich”Robin wraz z Małym Johnem udaje się do Nottingham, na mszę do kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej. Po drodze dochodzi do zatargu między przyjaciółmi – Robin przegrywa pojedynek łuczniczy i odmawia wypłacenia wygranej, przyjaciele rozdzielają się. W kościele Robin zostaje rozpoznany przez mnicha, którego kiedyś obrabował na gościńcu. Schwytany przez ludzi szeryfa, zostaje wtrącony do więzienia, a mnich rusza do króla z listem, zawiadamiającym o pojmaniu banity. Po drodze zostaje jednak napadnięty i zabity przez Małego Johna, który przywłaszcza sobie habit i w przebraniu udaje się na królewski dwór. Tam dostaje list królewski, nakazujący odprowadzenie Robin Hooda przed królewski majestat. Z listem udaje się do Nottingham, żądając wydania więźnia, zabija strażnika i uwalnia przyjaciela. Robin proponuje mu objęcie dowództwa, lecz Mały John Robert z Locksley i pogańskie bóstwo Taki, mniej więcej - pełen ludzkich przywar i słabości - był człowiek zwany potem Robinem. Ballady o jego przygodach stały się fabularną podstawą dla ludowych przedstawień, granych we wsiach i miasteczkach w czasie majowych świąt. Z czasem rosnąca popularność tych „Robin Hood games” zwróciła uwagę twórców kultury wysokiej – stąd w XVI wieku uszlachcenie bohatera przez wprowadzenie elementów właściwych kulturze rycerskiej, przede wszystkim postaci Ryszarda Lwie Serce, wątku krucjatowego oraz postaci lady Marion, która w średniowiecznych pieśniach w ogóle się nie pojawia. Ostatecznej nobilitacji Robin Hooda dokonał współczesny Szekspirowi dramaturg Anthony Munday. W dwóch, opublikowanych w 1601 roku sztukach („Upadek Roberta, Earla Huntington” i „Śmierć Roberta, Earla Huntington”) Robin Hood, noszący nazwisko Robert Fitzooth jest przedstawiony jako szlachetnie urodzony banita, darzący gorącą miłością Matyldę (utożsamianą z lady Marion), córkę barona Fitzwaltera – postać historyczną, współtwórcę Wielkiej Karty Swobód i zaciekłego politycznego wroga Jana bez Ziemi. Sama lady Matylda jest również bohaterką – piękna szlachcianka miała zostać otruta na rozkaz złego króla nam dziś Robin Hood jest hybrydą, wykreowaną z elementów ludowej legendy i dużo późniejszego obrazu, zaadoptowanego na potrzeby elżbietańskiego teatru, później zaś romantycznych powieści. Korzystając z wielu różnych wersji, powieściopisarze i autorzy scenariuszy stworzyli zupełnie nowego bohatera – wrażliwego społecznie przywódcę pokrzywdzonych, czułego kochanka i rycerskiego stronnika króla Ryszarda. O Robinie powstało ponad kilkadziesiąt książek, ponad dziesięć musicali, niezliczone komiksy, a lista filmów i seriali o jego, rzekomych, przygodach liczy ponad sto Robina z ballad, Robina z książek jest też trzeci, pogański Robin Hood. W XIX zaproponowano zupełnie nowe odczytanie legendy, wedle której opowieści o słynnym banicie są przetworzonymi mitami o pogańskim bogu wegetacji. W tej wersji ballada o pojedynku z Guyem z Gisborn miałaby być mitologiczną opowieścią o ścieraniu się wiosny, uosabianej przez Robin Hooda, z będącym personifikacją zimy Gisbornem (pomysł ten z pewnością rozpoznają liczni miłośnicy telewizyjnego serialu „Robin of Sherwood”). Rzecz jasna i to, pełne niejasności, odczytanie Robina nie jest Hood zawsze krojony był na miarę czasów, w jakich przyszło mu występować, czego wyraźnym dowodem są jego ostatnie występy w kinie. Za Douglasa Fairbanksa był jak fircyk w zalotach, w brytyjskim serialu z lat 80. jednoczył się mistycznie z matką Ziemią, w „Księciu złodziei” skuto go wymogami politycznej poprawności. Wielka szkoda, że nikt nie odważył się jeszcze zinterpretować dziejów słynnego łucznika, odwołując się bezpośrednio do źródła legendy – ludowych, angielskich ballad, pokazujących nam jego ciekawsze, ludzkie oblicze.

banita z lasu sherwood